Pozdowienia z Sycylii

23 lipca 2017 przez Beata

Tegoroczne wakacje spędzamy na Sycylii. Zaczęło się nie najlepiej, bo od otaczających nas pożarów. Jeśli macie ochotę poczytać o tej pięknej wyspie, to zapraszam na LUBIMY PODRÓŻOWAĆ.



Galette z nektarynkami,malinami i lawendą

19 lipca 2017 przez Beata

Dawno nie jadłam ciasta, które tak bardzo by mi smakowało, właściwie to cała rodzina się nim zachwyciła. Zjedliśmy je niemal całe na raz.Przepis jest niezwykle prosty, nawet nie trzeba mieć żadnej formy do pieczenia. Skorzystałam z przepisu na nie, który kiedyś podała Dorota na Moich Wypiekach, ale zrobiłam inne nadzienie. Spód to ciasto kruche z dodatkiem kefiru, dzięki któremu staje się niezwykle elastyczne. Świetnie się z nim pracuje. Nadzienie to szczyt prostoty: obrane i pokrojone na plasterki nektarynki,trochę malin i kwiaty lawendy. Całość obłędna!

Składniki:

  • 240 g mąki pszennej
  • 140 g masła, schłodzonego
  • szczypta soli
  • 3 łyżki cukru pudru
  • 80 ml maślanki/kefiru, zimnego

Nadzienie

  • 5 nektarynek obranych i pokrojonych na plasterki
  • ok 25 malin
  • kilka gałązek kwiatów lawendy

Wszystkie składniki na kruchy spód posiekać nożem, następnie wyrobić i szybko zagnieść . Z ciasta uformować kulę, owinąć ją folią spożywczą, schłodzić w lodówce przez 30 – 60 minut minut. Dużą blachę wyłożyć papierem do pieczenia.Schłodzone ciasto rozwałkować na grubość 3 – 4 mm na kształt koła( nie musi być idealne) , delikatnie podsypując mąką. Przenieść na blachę wyłożoną papierem do pieczenia. Nektarynki ułożyć na cieście ok 3 cm od brzegu  tak, by plasterki ciasta lekko na siebie zachodziły. Rozłożyć maliny i kwiaty lawendy. Następnie brzegi ciasta założyć do środka, lekko je zlepiając (by nie odkleiły się podczas pieczenia). Ciasto na brzegach można posmarować roztrzepanym jajkiem.Piec w temperaturze 200 stopni C przez około 35 – 40 minut, do ładnego zrumienienia.

Przy okazji zapraszam na mój drugi blog. Poczytajcie o przeuroczym hiszpańskim miasteczku Cadaques . Zapraszam na lubimy podróżować  

Steki z kalafiora

15 lipca 2017 przez Beata

Kalafior to takie pozornie trochę nijakie warzywo. Najczęściej jemy go w zupie albo gotowany i polany masłem ze zrumienioną bułką tartą, ostatecznie panierowany i pieczony. Ja najbardziej lubię go na surowo w sałatkach albo pieczony w piekarniku. Niebywałe jak takie zwykłe warzywo po wpływem pieczenia zmienia smak. Jeśli dotychczas jedliście je tylko gotowane albo smażone, koniecznie wypróbujecie ten przepis. Zwłaszcza że potrawa jest niezwykle prosta, smaczna i tania.

Składniki:

1 duży kalafior

50 ml oliwy

1 łyżeczka kurkumy

1 łyżeczka curry

1/2 łyżeczki kuminu

1/2 łyżeczki chilli w proszku

1/2 łyżeczki soli

3 łyżki wody

Kalafior obieramy i kroimy na plasterki o grubości ok 1,5 cm.Pozostałe składniki mieszamy razem, aż powstanie pasta. Smarujemy nią steki z kalafiora z dwóch stron i układamy na blaszce wyłożonej papierem do pieczenia. Pieczemy ok 20 25 minut w temp. 190 st. Podajemy jak normalne steki, z surówka, frytkami, ziemniakami itd ( u mnie ziemniaki z koperkiem i mizeria)

Przy okazji przypominam o moim nowym blogu i serdecznie zapraszam na wpis o Costa Brava

Restauracja w pałacu w Mosznej

9 lipca 2017 przez Beata

W czerwcu spędziliśmy bardzo miły weekend w pałacu w Mosznej. Oryginalny pałac jak z bajki jest jedną z atrakcji Opolszczyzny. Szczegółową relację z naszego pobytu znajdziecie na moim drugim blogu

Jedną z atrakcji jest z pewnością tamtejsza restauracja, której w 2014 roku Magda Gessler przyznała „poziomkę” czyli znak wysokiej jakości. Do restauracji wybraliśmy się w 8 osób, nasza piątka, moi rodzice i moja półtoraroczna siostrzenica, Majeczka.

Mimo popołudniowej pory w sobotę, w restauracji było niemal pusto. W pierwszym momencie pomyślałam, ze albo podawane tu potrawy są niesmaczne albo ceny kosmiczne. Na szczęście moje obawy nie miały nic wspólnego z rzeczywistością.

Menu nie jest zbyt obszerne. W sumie jest w nim kilka przystawek, parę zup i nieco więcej dan głównych. Ceny na każą kieszeń. Są i dania za prawie 70 zł jak i takie za 25.  Wszystkie produkty, łącznie z pasztetami i wędlinami wyrabiane są na miejscu.

Nikt z nas nie był specjalnie głodny, dlatego nie mieliśmy szczególnej ochoty na zupy. Z ciekawości wzięliśmy dwie: rosół i żurek. Rosół był smaczny i dzieci zjadły go z apetytem, ale żur to była poezja smaku. Mnóstwo kiełbasy w najlepszym gatunku, do tego ziemniaki, porcja ogromna. Próbowaliśmy go  w końcu wszyscy i nim wpadłam na pomysł zrobienia zdjęcia, połowa została skonsumowana.

Co do dań głównych, to prawie każdy z nas zdecydował się na coś innego. Ja i Marta wybrałyśmy klopsy z mięsa mielonego w sosie pieczarkowym, z mizerią i kaszą gryczaną z boczkiem ( 26 zł). Porcja którą dostałam, była tak duża, że spokojnie starczyłaby dla dwóch osób. Klopsiki były wilgotne, świetnie doprawione, sos też bez zarzutu. Do tego miseczka mizerii i spora porcja prażonej kaszy, podawanej osobno. Pyszności.

Mąż zdecydował się na halibuta na gołąbkach ziemniaczanych w czerwonej kapuście z kalfiorem romanesco (37 zł). Całość świetnie wyglądała i równie dobrze smakowała. Halibut był świeży, gołąbki oryginalne, tylko sosu z sosny, którym miały być polane, nie wyczuliśmy.

Michał i mój tata  zdecydowali się na polędwiczkę wieprzową w winie z zapiekanką ziemniaczaną i bukietem warzyw(36 zł). Spodziewaliśmy się dania tradycyjnego, a okazało się, że potrawa bardzo oryginalnie wygląda, na dodatek pysznie smakuje. Polędwiczka była miękka, ale nie przesmażona, zapiekanka ziemniaczana świetnie doprawiona, a warzywa smaczne i chrupiące.

Julka zdecydowała się na danie dla dzieci, którym spokojnie najeść może się osoba dorosła czyli na klopsiki z sosem pieczeniowym, ziemniaczkami i kalafiorem romanesco ( 19 zł). Całość była bardzo smaczna.

Moja mama wybrała roladkę ziemniaczaną z cielęciną, a dla Majeczki, która, podobnie jak jej rodzice, nie je mięsa, wybraliśmy fish and chips. Obie były bardzo zadowolone.

W menu są jeszcze desery, spory wybór kaw i alkoholi.

Obsługa była miła i pomocna. Ogółem z wizyty  w restauracji wyszliśmy najedzeni i zadowoleni. Bardzo polecam.

Zaproszenie

7 lipca 2017 przez Beata

Na blogu zrobił się bałagan. Wpisy o tematyce kulinarnej mieszają się z podróżniczymi a nawet literackimi. Zaczęło mnie  samą to męczyć i wyobrażam sobie, jaki mętlik mają w głowie czytelnicy. Bo o czym tak właściwie jest ten blog?

Postanowiłam uporządkować sprawy i wspólnie z mężem założyliśmy drugi blog, tym razem poświęcony podróżowaniu. Tak więc relacje z naszych wyjazdów nie będą pojawiać się tutaj, a już na nowej stronie. Stare wpisy związane z tą tematyką powoli przeniosę na nowy blog, choć dominować będą na nim tematy zupełnie nowe.

Tak więc mam przyjemność zaprosić Was na

lubimy podróżować

Na razie blog jest w fazie poprawek, więc zmiany będą przez pewien czas codziennością, ale nie zrażajcie się , proszę. Mam nadzieję, że w najbliższym czasie dopracujemy ostateczną wersję. Pozdrawiam serdecznie

Beata

Dorsz z bobem i kurkami w mleczku kokosowym

26 czerwca 2017 przez Beata

Dzisiejszy przepis to nie tylko coś dla miłośników ryb, jestem pewna, że tak przygotowany dorsz posmakuje nawet tym osobom,  które za rybami nie przepadają. Przepis wydaje się skomplikowany, a lista składników długa, ale zapewniam, że całość robi się dosyć szybko. Mi najwięcej czasu zajęło ugotowanie i obranie bobu. Przepis pochodzi z książki Lidla :Ryby są super, ale trochę go zmodyfikowałam. Zamiast dorsza o dosyć wyrazistym smaku możecie użyć delikatniejszej białej ryby np zębacza czy halibuta. W przepisie używa się tajskiej bazylii. Dosyć trudno ją u nas kupić, dlatego ja posiałam jej sporo na ogródku i teraz mam obfite zbiory, ale możecie ją zastąpić zwykłą bazylią. Smak będzie inny ale też pyszny.

Marynata

  • 1 ząbek czosnku, posiekany
  • 2 łyżki miodu
  • 2 łyżki sosu sojowego
  • starta skórka z 1/2 limonki, sparzonej, wyszorowanej
  • sól
  • pieprz
  • oliwa z oliwek
  • garść  liści bazylii tajskiej, umytej, posiekanej( ewentualnie zwykłej bazylii)
  • 500 g filetów z dorsza, umytych, osuszonych

Do miski przekładamy posiekany ząbek czosnku, miód, sos sojowy. Dodajemy startą skórkę z limonki, doprawiamy solą i pieprzem, dodajemy oliwę z oliwek. Dokładnie mieszamy. Dodajemy posiekaną bazylię tajską. Mieszamy. Rybę kroimy na mniejsze kawałki, doprawiamy pieprzem. Do naczynia żaroodpornego przekładamy część marynaty i obtaczamy w niej kawałki dorsza. Układamy je i polewamy częścią marynaty. Wstawiamy do piekarnika rozgrzanego do 200°C, pieczemy 2-3 minuty. Następnie rybę wyjmujemy z piekarnika, obtaczamy ją w marynacie, która pozostała w naczyniu. Ponownie wstawiamy do piekarnika i pieczemy przez 5 minut (czas pieczenia jest uzależniony od grubości filetów). Po wyjęciu z piekarnika zbieramy pędzlem marynatę i rozsmarowujemy ją na powierzchni ryby.

Bób z kurkami

  • 2 ząbki czosnku, pokrojone w plastry
  • oliwa z oliwek
  • 250 g  kurek lub pieczarek
  • 100 g masła
  • sól
  • pieprz
  • 500 g bobu

2 ząbki czosnku kroimy w plastry. Na patelni podgrzewamy odrobinę oliwy i dodajemy pieczarki, niewielką ilość masła, sól i pieprz oraz czosnek, smażymy do zarumienienia pieczarek. Następnie dodajemy ugotowany i obrany bób, smażymy. Po podsmażeniu zdejmujemy patelnię z ognia i dodajemy kilka listków posiekanej bazylii.

Sos

  • olej słonecznikowy
  • 250 g mleczka kokosowego( najlepiej samej śmietanki)
  • sól
  • pieprz
  • starta skórka i sok z 1 limonki, sparzonej, wyszorowanej
  • 1 łyżeczka miodu
  • 1 łyżeczka sosu sojowego
  • 4 gałązki bazylii tajskiej, umyte
  • 30 g masła
  • Na czystą patelnię wlewamy mleczko kokosowe, doprawiamy solą, pieprzem, dodajemy startą skórkę z limonki oraz sok. Następnie dodajemy 1 łyżeczkę miodu, odrobinę sosu sojowego i kilka całych listków tajskiej bazylii. Dodajemy kosteczkę masła i gotujemy na wolnym ogniu około 3-4 minut, by sos zgęstniał.

Sos wylewamy na talerz, na sosie układamy bób z kurkami, a na nich kładziemy kawałek ryby. Ozdabiamy liśćmi bazylii tajskiej.

Syrop z kwiatów czarnego bzu

24 czerwca 2017 przez Beata

Od paru lat miałam zamiar zrobić syrop z kwiatów dzikiego bzu, ale albo okazywało się, że bez już przekwitł albo zwyczajnie w okresie, gdy akurat kwiaty były idealne, nie miałam czasu na robienie przetworów. W tym roku w końcu się udało, choć nie było łatwo. Okoliczne bzy rosną przy drogach, nie nadają się więc do konsumpcji. Musiałam jechać gdzieś dalej i nie pomyślałam, że watro odpowiednio się ubrać. Zapewniam, że sandałki na koturnie i sukienka to kiepski pomysł. Nie dosyć, że wróciłam podrapana i pogryziona przez komary, to na dodatek potwornie brudna. Ale co tam, przywiozłam śliczne, obłędnie kwitnące kwiaty bzu w takiej ilości, że zrobiłam pięć litrów syropu i dziesięć słoików dżemu truskawkowego z kwiatami bzu. Warto było.

Syrop jest pyszny, choć już wiem , że jego intensywny, specyficzny smak nie każdemu przypadnie do gustu, nasza Julka go nie znosi. Ja uwielbiam.

Wykorzystałam przepis, w którym do syropu dodaje się limonkę. To kapitalny sposób, żeby podkręcić smak. Bardzo polecam.Wprawdzie bez już przekwitł, ale zróbcie ten syrop koniecznie w przyszłym roku.

Składniki na ok 1,5 litra :

kwiaty bzu, około 400g
1 kg cukru
1,5 l wody
sok i skórka starta z dwóch wyszorowanych  cytryn z dwóch cytryn
sok i skórka starta z dwóch wyszorowanch limonek

opcjonalnie 1 łyżeczka kwasku cytrynowego
Delikatnie przeglądamy kwiaty bzu, sprawdzamy czy nie ma w nich insektów, otrzepujemy jednak nie myjemy (aby nie straciły aromatu). Odcinamy  zielone łodyżki przy kwiatach – gdybyśmy dodali je do syropu, całość stałaby się gorzka.

Gotujemy  wodę z cukrem w dużym garnku. Kiedy cukier się rozpuści dodajemy kwiaty bzu, cytryny i limonki. Odstawiamy do schłodzenia. Kiedy napar wystygnie, przykrywamy szczelnie folią do żywności i wkładamy do lodówki na co najmniej 24 godziny. Przecedzamy przez gęste sito, wlewamy do sterylizowanych butelek i zakręcamy. Pasteryzujemy.

Dziękuję

22 czerwca 2017 przez Beata

 

Moi Kochani Uczniowie!

Za poczucie humoru, które nigdy Was nie opuszczało,

Za  klasę, jaką potrafiliście zachować w każdej sytuacji,

Za zaangażowanie we wszystko, co działo się w szkole i w  naszej klasie,

Za wspólne Dni Kobiet, Dni Chłopaka, Wigilie, Pikniki w Skansenie i wszystkie inne uroczystości,

Za wycieczki krajowe ( Krasiejów, Kraków, Wrocław), Rajdy Słowaka i Rysianki, podczas których prezentowaliście zacięcie sportowe, ciekawość świata i wysoką kulturę osobistą,

Za obozy językowe w Wielkiej Brytanii i Hiszpanii, kiedy to za widok waszych talentów językowych i swobody w kontaktach z cudzoziemcami dosłownie byłam w szoku,

Za zaangażowanie w Akcję Ciacho i wszystkie akcje charytatywne na rzecz Fundacji Iskierka,

Za rewelacyjne wyniki na egzaminach gimnazjalnych( Tak, niech cała Polska wie, że wasza średnia z polskiego to 89, 76 %, a angielskiego, tak podstawowego jak i rozszerzonego, to ponad 99%),

Za średnią klasy na koniec gimnazjum 4, 67,

Za wspólne pieczenie naleśników,

Za to, że na każdej wycieczce mogłam się wyspać i nie chodziłam nieprzytomna ze zmęczenia,

Za to, że dowiedziałam się, że nawet w ponad trzydziestostopniowych upałach można przez cały dzień mieć perfekcyjny makijaż ( Dziewczyny, poproszę o jakieś szkolenie w tej kwestii na G-W. Chłopakom zorganizujemy w tym czasie warsztaty pt: Jak się ogolić bez konieczności późniejszej wizyty na pogotowiu)

Za cudowny komers, podczas którego wypadł mi dysk, a biodro wymaga  wstawienia endoprotezy( za to spaliłam jakieś 5000 kalorii), (mam nadzieję, że  tak jak ja, nie zapomnicie go do końca życia),

A przede wszystkim za to, że jesteście LUDŹMI, którzy w każdej chwili potrafią wykazać się empatią, godnością i po prostu człowieczeństwem,

SKŁADAM WAM NAJSZCZERSZE WYRAZY SZACUNKU I PODZIĘKOWANIA.

Jestem z Was tak dumna, że po prostu brak mi słów, żeby to wyrazić, choć musicie przyznać, że to mi się raczej rzadko zdarza.

Dzięki Wam mam poczucie, że zawód nauczyciela ma sens i jestem bardzo szczęśliwa, że będę Waszą wychowawczynią przez kolejne trzy , licealne , lata.

Pamiętacie?

„Ognista w żyłach płonie krew,

Paniczny strach, pożary drzew,

Zasady proste w życie mam,

Gdy gasisz pożar, nigdy nie próbuj gasić sam…”

Drodzy Rodzice!

Wychowaliście wspaniałych młodych ludzi. To ONI za parę lat będą lekarzami, adwokatami,politykami, sportowcami, jednym słowem elitą tego kraju. To ONI prezentują klasę w każdej sytuacji. Są nie tylko niebywale uzdolnieni, ale też przesympatyczni.Wciąż uczę się od Nich czegoś nowego. Gratuluję i kłaniam się nisko. Możecie być z NICH dumni w każdej sytuacji.

PS. Piknik we wrześniu?

 

DZIĘKUJĘ!!!