Archiwum Wrzesień, 2009

Pierre Hermé, brownies, koniak i złote perełki czyli Weekendowa Cukiernia#13

27 września 2009 przez Beata

W Weekendowej Cukierni najbardziej podoba mi się to, że wszystkie pieczemy ciasto z tego samego przepisu, ale u każdej z nas wyglada ono zupełnie inaczej. I na pewno odrobinę inaczej smakuje.

Kiedy przeczyłam  u Anoushki przepis na to brownie, wiedziałam, ze będzie nam smakować. Dokonałam kilku zmian: zamiast koniaku użyłam Grand Marnier, nie dałam rodzynek do środka ciasta, użyłam ich jedynie do dekoracji, zmieniłam proporcje kremu dała, mniej bitej śmietany , a wiecej kremu patisserie, który od razu robiłam z podwójnej porcji( uwielbiamy go) i zamiast winogron do dekoracji użyłam malin i borówek amerykańskich.

Ciasto jest obłędne, niestety pracochłonne. Miałam trochę problemów z polewą tortową(tortenguss) , która robiła sie twarda zanim wylałam ją na ciasto. W końcu jakoś poszło. Całe ciasto zjedliśmy w 1 dzień! Anoushce dziekuję za super przepis!

IMG_3644

Pierre Hermé, brownies, koniak i złote perełki:
przepis pochodzi z książki Pierre’a Hermé „Mes desserts préférés” Agnes Vienot Editions, 2003, str. 195

Złote perełki, czyli rodzynki:
120 g żółtych rodzynek (koniecznie muszą być żółte, bo wtedy ładnie wyglądają:))- u mnie tylko 40 g do ozdoby
70 g wody
70 g koniaku (można zastąpić rumem)- u mnie Grand Marnier

Rodzynki umieścić w niewielkim garnuszku. Zalać je wodą i zagotować. Gotować przez 1-2 minuty do momentu, aż woda prawie całkowicie wyparuje.
Zdjąć garnuszek z ognia, zalać koniakiem i podpalić, starając się przy okazji nie poparzyć paluchów, tudzież nie puścić z dymem kuchni ;)
Potrząsać płonącym garnuszkiem do moment, aż płomień zgaśnie. Przełożyć do szklanej miseczki, dokładnie przykryć i ostudzić. Przechować w lodówce nawet do 5 dni. Rodzynki najlepiej przygotować dzień wcześniej.

Brownies:
70 g poszatkowanej gorzkiej czekolady
130 g miękkiego masła
2 jajka średniej wielkości, w temperaturze pokojowej, delikatnie ubite
125 g cukru
60 g przesianej mąki
100 g grubo poszatkowanych orzechów pecan

Nagrzać piekarnik do 180°C. Wysmarować tortownicę o o 22 cm masłem i wyłożyć papierem do pieczenia.
Czekoladę rozpuścić w kąpieli wodnej. Zdjąć z ognia i odczekać, aż jej temperatura spadnie do 45°C (gdy robiłam pierwszym razem, nie miałam termometru… i też wyszło ;) ).
Masło delikatnie wymieszać przy pomocy silikonowej łopatki do momentu, aż uzyska kremową konsystencję (oczywiście użyłam miksera na najwolniejszych obrotach ;) ) Dodawać, cały czas dokładnie mieszając, czekoladę, jajka, cukier mąkę oraz orzechy pecan.
Przełożyć ciasto do tortownicy. Piec około 10-13 minut. Ciasto powinno mieć suche brzegi i delikatnie kleić się po środku. Wyjąć z piekarnika i pozostawić do ostygnięcia.
Ciasto, dokładnie zawinięte, można przechowywać przez 2 dni w lodówce lub przez miesiąc w zamrażalniku.

Creme pâtissiere: zrobiłam z podwójnej porcji
125 g pełnotłustego mleka
1/2 laski wanilii
2 małe żółtka
25 g cukru
11 i 1/2 g przesianej Maizeny (lub mąki ziemniaczanej)
12 i 1/2 g miękkiego masła

Laskę wanilii rozciąć i wyskrobać nasionka. Zalać wszystko mlekiem. Zagotować. Zdjąć z ognia, przykryć i odstawić na 30 minut.
Przygotować dwie miski o różnej średnicy tak żeby jedną można było włożyć do drugiej. Wypełnić większą lodem (użyłam jednej metalowej miski, którą uprzednio wstawiłam do zamrażarki na godzinę).
W garnuszku z grubym dnem, ubić razem żółtka, cukier oraz przesianą Maizenę. Dodać 1 mleka i nadal ubijać. Gdy wszystko dokładnie się połączy i będzie miało taką samą temperaturę, dodać resztę mleka. Wyjąć laską wanilii.
Podgrzewać delikatnie krem bez przerwy ubijając, aż do momentu, gdy się zagotuje. Gotować 1-2 minuty cały czas ubijając. Zdjąć krem z ognia i przełożyć do mniejszej miski i ustawić ją w misce z lodem. Schładzać cały czas energicznie mieszając, żeby nie porobiły się grudki. Gdy krem osiągnie temperaturę 60°C dodać po trochu masło mieszając, aż dokładnie się rozpuści i połączy z kremem. Ostudzić.
Szczelnie przykryty creme pâtissiere można przechowywać do 2 dni w lodówce

Krem z koniakiem :
340 g śmietanki (użyłam 35%)- u mnie 250 ml
4 g żelatyny
3 i 1/2 łyżki koniaku (lub rumu jeżeli rodzynki macerowały się w rumie)
190 g kremu pâtissiere – u mnie 280g

Namoczyć listki żelatyny w zimnej wodzie. Odcisnąć i odstawić na bok.
Ubić delikatnie śmietankę (ubiłam mocniej niż delikatnie ;) ). Odstawić na bok.
Rozpuścić żelatynę w garnuszku. Dodać koniak i dokładnie wymieszać. Dodać 1 kremu pâtissiere i wymieszać. Jeżeli temperatura kremu jest wyższa niż 21°C, wstawić miskę z kremem do zimnej wody.
Dodać pozostały krem pâtissiere, delikatnie wymieszać. Na końcu dodać ubitą śmietankę i ponownie wymieszać.

Przezroczysta polewa:
Jeżeli macie już dosyć i na samą myć o kolejnej chwili spędzonej przy garach, robi się Wam słabo, to możecie użyć galaretki z jabłek lub pigwy. Galaretką, przed użyciem, należy delikatnie podgrzać. Jeżeli macie ochotę przygotować samemu polewę, oto przepis ;)

50 g cukru
1 opakowanie przezroczystej polewy żelującej do tart owocowych
150 g wody
skórka z połowy cytryny i pomarańczy
łyżeczka soku z cytryny
1/4 laski wanilii
3 listki mięty

Wymieszać polewę żałującą z cukrem. Odstawić na bok.
Wodę podgrzewać z rozkrojoną wanilią, skórką cytryny i pomarańczy. Gdy jest letnia, dodać, cały czas mieszając drewnianą łyżką, wymieszany cukier z polewą. Zagotować, zmniejszyć ogień i gotować około 3 minut. Dodać sok z cytryny i ponownie zagotować. Zdjąć garnek z ognia, dodać listki mięty, przykryć i odstawić na około 15 minut. Odcedzić polewę i pozostawić do całkowitego ostygnięcia w temperaturze pokojowej. Jeśli polewa za mocno się zetnie wystarczy ją delikatnie podgrzać.
Polewę można przechowywać w lodówce przez tydzień lub po prostu ją zamrozić.


Końcówka:)
Odsączyć rodzynki na sitku. Przed użyciem osuszyć je dodatkowo ręczniczkiem papierowym. Przełożyć ciasto ponownie do tortownicy, lub użyć obręczy ze stali nierdzewnej (ta ostania świetnie się sprawdza).
Wylać na ciasto połowę kremu. Na krem wyłożyć rodzynki (zostawić do dekoracji 1 rodzynek) i przykryć ponownie kremem. Wygładzić starannie wierzch.
Wstawić ciasto na godziną do zamrażalnika. Tak przygotowane ciasto, dokładnie zawinięte w folię można przechowywać w zamrażalniki przez 2 tygodnie.

Udekorować ciasto pozostawionymi rodzynkami oraz świeżym winogronami. Polać zimną polewą i wstawić do lodówki na godzinę.

Spagetti z pieczoną papryką w sosie orzechowym

26 września 2009 przez Beata

IMG_3687

Ten przepis już dawno wypatrzyłam na blogu Liski. Moją uwagę zwróciły nie tylko składniki dania, ale też jego kolorystyka. Czarny makaron i kolorowa papryka, cudownie i bardzo apetycznie to wyglądało.I jak zwykle na przepisie Liski się nie zawiodłam. Sos z masła orzechowego, imbiru, papryki i czosnku jest niezwykły Bardzo oryginalny i bardzo, bardzo smaczny. Polecam  to danie gorąco. Znakomicie się sprawdza , kiedy mamy niewiele czasu, a chcemy zrobić coś dobrego.

2 papryki (czerwona i żółta)- u mnie 2 czerwone
1 łyżka nasion sezamu 9 nie dałam)

czarny makaron linguine lub spaghetti

Sos:

1/3 szklanki masła orzechowego
1/4 szklanki sosu sojowego
1/4 szklanki ciepłej wody
1 łyżeczka miodu
1 łyżka octu winnego
1 łyżka oliwy z oliwek
1 ząbek czosnku
1 łyżeczka świeżo tartego imbiru

Piekarnik nagrzewamy do temp. 230 st C. Paprykę myjemy, układamy na kratce do pieczenia i pieczemy 50 minut do czasu, aż skórka będzie ciemna, miejscami nawet czarna.
Składniki sosu miksujemy i odstawiamy.
Makaron gotujemy al dente. Odcedzamy, delikatnie spryskujemy oliwą.
Paprykę obieramy ze skórki, kroimy na cienkie paski.
Makaron mieszamy w garnku z sosem, nakładamy na talerze, dekorujemy paskami papryki, posypujemy sezamem.

Torcik czekoladowy z malinami- na rocznicę ślubu.

25 września 2009 przez Beata

IMG_3756

Dzisiaj jest nasza rocznica ślubu, to już 16 dobrych lat!!! Z tej okazji upiekłam ciasto, na które jakiś czas temu przepis podała Dorotka. Zgadzam się z nią, że ciasto jest pyszne! Dół jest wilgotny, ciężki, kiedy go piekłam w całym domu obłędnie pachniało. Góra za to jest bardzo delikatna, maliny sprawiają ze nie jest zbyt słodka. Szczególnie smakuje nam spód z białej czekolady. Tak sobie myślę, ze można go wykorzystać do innych ciast. Albo upiec z 1,5 porcji jako samodzielne ciasto.

Dokonałam w oryginalnym przepisie tylko jednej zmiany: nie dałam do spodu malin.Ach, i dodałam do kremu żelatynę. Bałam się ze masa będzie za rzadka.

Przepis cytuję za autorką:

Składniki:

  • 300 g białej czekolady
  • 1 szklanka śmietany kremówki (250 ml)
  • 5 jajek
  • 120 g drobnego cukru
  • 250 g serka mascarpone
  • 1 szklanka zmielonych migdałów
  • 1 łyżka ekstraktu z wanilii
  • 300 g malin (mogą być mrożone)- nie dałam

Kremówkę przelać do niewielkiego garnuszka, podgrzewać. Dodać do niej połamaną białą czekoladę. Cały czas podgrzewać (na niedużej mocy), mieszając, by czekolada się roztopiła, zdjąć z palnika.

Białka oddzielić od żółtek. Żółtka utrzeć mikserem z połową cukru na lekką i jasną masę. Dodać do nich mascarpone, ekstrakt, migdały, roztopioną czekoladę. Zmiksować do gładkości.

Białka ubić na sztywno z resztą cukru. Wmieszać delikatnie do masy.

Formę o średnicy 23 cm wyłożyć papierem do pieczenia. Przelać do niej ciasto, na górę powykładać maliny.

Piec w temperaturze 175oC przez 60 minut, przykrywając od góry folią aluminiową, by się nie spiekło. Wystudzić w uchylonym piekarniku (ciasto urośnie podczas pieczenia, ale potem opadnie). Wystudzić, włożyć na minimum 4 godziny do lodówki.

Na krem:

  • 1 szklanka śmietany kremówki (250 ml)
  • 2 łyżki cukru pudru
  • 100 g malin (mogą być mrożone, ale trzeba je przed dodaniem do kremu rozmrozić)
  • u mnie jeszcze 2 łyżeczki żelatyny

Kremówkę ubić, dodając pod koniec ubijania cukier i maliny. Wyłożyć na zimne ciasto, wyrównać.

Brioszka z Neuchâtel- Weekendowa Piekarnia # 43

23 września 2009 przez Beata

IMG_3679

Tym razem i ja się skusiłam. Strasznie późno, bo już mamy kolejną edycję Weekendowej Piekarni, no ale w końcu się udało. Ta brioszka śniła mi się po nocach, nie mogłam jej nie upiec. Jest przepyszna! Delikatna, pachnąca cytryną i masłem, cudowna po prostu.  Bardzo się spieszyłam przy jej robieniu ( Julka czekała na kąpiel) i zapomniałam górę posmarować jajkiem i zrobić dziury nożyczkami. W żaden sposób nie wpłynęło to na smak brioszki. Beatce bardzo dziękuję za przepis. A na koniec dodam, że po raz pierwszy upiekłam coś w ramach Weekendowej Piekarni.

IMG_3683

Przepis podaję za autorką.

La Taillaule, brioszka z Neuchâtel

500 g mąki T45 (tortowej)
2,5 łyżeczki drożdży w proszku (lub 20 g świeżych)
1,5 łyżeczki soli
200-250 ml letniego mleka (u mnie minus 2 łyżki)
2 jajka
60 g cukru
10 g miodu
75 g miękkiego masła
100-125 g rodzynek
otarta skórka z 1/2 cytryny
+ jajko do posmarowania

Mąkę wymieszać z solą i drożdżami. Zrobić wgłębienie i umieścić w nim jajka, cukier, miód i mleko. Powoli wymieszać składniki, wyrobić gładkie ciasto (ok. 10 minut); możemy ewentualnie dodać odrobinę mąki, jeśli ciasto jest zbyt klejące, jednak nie więcej niż łyżkę za każdym razem. Następnie partiami dodawać masło i skórkę cytrynową i dalej wyrabiać. Na koniec dodać rodzynki i raz jeszcze wyrobić ciasto (ma być dosyć ‘miękkie’ i elastyczne).

Przełożyć je do miski, przykryć i odstawić do wyrośnięcia na ok. godzinę.

Następnie złożyć ciasto kilka razy (można podzielić je na dwie mniejsze części) i spłaszczyć, formując mniej więcej kwadrat. Boki kwadratu złożyć do środka tak, by się stykały, a następnie zrolować ciasto. Umieścić je w natłuszczonej keksówce lub foremce chlebowej, przykryć i zostawić do wyrośnięcia na ok. 45 minut (do 3/4 wysokości formy). Po wyrośnięciu posmarować wierzch ciasta rozkłóconym jajkiem, a następnie ponacinać (dosyć głęboko) ostrymi nożyczkami naprzemiennie – raz z lewej, raz z prawej strony.

Mniejsze brioszki pieczemy ok. 20-25 min w 200°C (jedną większą pieczemy ok. 45-55 minut); w połowie pieczenia możemy nieco obniżyć temperaturę, a jeśli brioszka zbyt szybko brązowieje – nakryć ją folią aluminiową.

Tradycyjnie, po wyjęciu z piekarnika, smaruje się brioszkę gładką konfiturą morelową i wodą; można też posypać ją zrumienionymi płatkami migdałowymi.(Moja brioszka jest zupełnie”goła”)

Ciasto orzechowe z malinami i białą czekoladą

22 września 2009 przez Beata

IMG_3557

Przy okazji robienia generalnych porządków znalazłam stary zeszyt z przepisami. Dawno do niego nie zaglądałam, a tyle w nim fajnych przepisów. Zwlaszcza na ciasta. Niektóre kiedyś piekłam bardzo często, inne wciąż czekają na wypróbowanie.

Ciasto, które zrobiłam dzisiaj, dotychczas omijałam. Przepis był bez zdjęcia, a ja wolę mieć jakieś wyobrażenie o potrawie. Na dodatek w oryginale były śliwki, a za nimi nikt u nas w domu nie przepada.Kiedy jednak dokładniej wczytałam się w przepis, pomyślałam, że zrobię to ciasto z malinami.I to był strzał w dziesiątkę. Wyszło coś pysznego: wilgotny spód i chrupiąca kruszoka na górze. Dodałam jeszcze do ciasta białej czekolady, co też bardzo pozytywnie wpływa na jego smak. Gorąco polecam, zwłaszcza że na przygotowanie ciasta wystarczy 10 minut.

Składniki na tortownicę o śr. 23 cm.

Ciasto

150 g mąki

150 g mielonych orzechow laskowych

4 jajka

1,5  łyżeczki proszku do pieczenia

150 g miękkiego masła

1 cukier waniliowy

180 g cukru

100 g białej czekolady pokrojonej na małe kawałki

250 g malin


Na kruszonkę:

100 g mąki

50 g masła

50 g cukru pudru


Zmiksować razem mąkę, orzechy, cukier, cukier waniliowy,masło, jajka i proszek do pieczenia . Dodać czekoladę i maliny. Wyłożyć do wysmarowanej masłem i posypanej bułką tartą tortownicy. Zagnieść wszystkie składniki kruszonki, posypać nią ciasto. Piec ok godziny w temp. 180 st.

Owoce zapiekane w sabayonne

18 września 2009 przez Beata

IMG_3479

Wiele blogowiczek kusiło wytrawnymi lub słodkimi potrawami pieczonymi w kokilkach. W końcu i ja zakupiłam te śliczne małe naczynia! A to otwiera nowe kulinarne możliwości. Na początek zrobiłam prosty, ale pyszny deser z owoców i kremu sabayonne. Sabayonne powinno ubijać się na ciepło, ja wybrałam łatwiejszą wersję i po prostu ukręciłam kogel- mogel z winem. Bardzo nam smakowało!

dla 4 osób:

owoce ( u mnie truskawkii, maliny, brzoskwinie, jagody i borówki amerykańskie)

4 żółtka

4 łyżki cykru

150 ml.  słodkiego wina ( malga, porto,madera, ale i zwykłe słodkie białe będzie dobre)

Owoce ułożyć w wysmarowanych masłem kokilkach. żółtka ubić z cukrem do białości i wymieszać z winem. Polać    kremem owoce. Kokilki wstawić do nagrzanego do 180 st. piekarnika i opiekać 15 minut. Podawać ciepłe.

Kasza gryczana z boczkiem

17 września 2009 przez Beata

IMG_3457

Czasami mam ochotę na coś prostego, wywodzącego się ze skromnej kuchni chłopskiej. A taka jest kasza, chociaż dodatek boczku sprawia, że danie wcale takie przaśne nie jest. U nas ta kasza była dodatkiem do mięsa, ale dawniej  jadano ją jako samodzielne danie. Zresztą mnie tak smakowała, że z dodatkiem kiszonego ogórka wystarczyłaby mi za cały obiad.

składniki:

30 dkg kaszy gryczanej

30 dkg chudego boczku

1 duża cebula

sól, pieprz

olej


Cebule drobno posiekać. Wlać do dużego rondla olej i zeszklić na nim cebulę. Dodać pokrojony w kostkę boczek i całość smażyć kilka minut. Kaszę ugotować na sypko w osolonej wodzie. Dodać do boczku, wymieszać i przyprawić.

Kotlety drobiowo-ziemniaczane z szałwią

14 września 2009 przez Beata

IMG_2952

Przepis znalazłam w książce” Potrawy z ziemniaków. Z kuchennej półeczki”. Wydawał się oryginalny( dodatek banana!), prosty, a potrawa na zdjęciu wyglądała wspaniale. I rzeczywiście danie jest bardzo smaczne, niezbyt skomplikowane.Banan jest zupełnie niewyczuwalny, ale i tak kotlety smakują inaczej niż wszystkie, które dotychczas robiłam.

Składniki:

450 g ziemniaków pokrojonych w kostkę

225 g mielonego miesa z kurczaka

1 banan

2 łyżki mąki

1 łyżka soku z cytryny

1 drobno posiekana cebula

2 łyżki posiekanej szalwii

25 g masła

2 łyżki oleju

150 ml bulionu

150 ml słodkiej śmietanki

sól, pieprz

Ziemniaki gotować przez 10 minut. Odcedzić i utłuc.

Banan rozgnieść widelcem,dodać do ziemniaków. Do masy dodać mięso, cebulę, sok cytrynowy, mąkę i 1 łyżkę szałwii. Podzielić na 8 porcji i uformować kotlety. Smażyć je na maśle i oleju ok 10-12 minut. Po zdjęciu z patelni kotletów przygotować sos. Na tę samą nieumytą patelnię wlać bulion, śmietanę i dodac resztę szałwii. Gotować 2-3 minuty.

Kotlety podawać z sosem

Finansjerki z malinami

10 września 2009 przez Beata

IMG_3271

Piekłam je po raz pierwszy. I na pewno nie ostatni! Finansjerki robi się równie szybko jak muffinki, ale są o wiele bardziej delikatne. Nie mam foremek w kształcie sztabek złota, w jakich tradycyjnie piecze się te ciasteczka, więc wykorzystałam formę do muffinek.

Dla mnie to ciasteczka idealne: lekkie jak piórko, smaczne, błyskawicznie się je robi. I w końcu wykorzystałam białka, których nazbierało mi się ostatnio sporo.

Skorzystałam z przepisu Karolci, tylko do podstawowej wersji dodałam maliny , a część migdałów zastąpiłam orzechami laskowymi.

Składniki:

120 g masła
szklanka mielonych migdałów ( mnie pół szklanki migdałów i pół orzechów laskowych)
szklanka cukru pudru
1 op. (16g) cukru waniliowego
3 szklanki mąki, przesianej przez sitko
1 łyżeczki proszku do pieczenia
5 białek

maliny

1. Piekarnik rozgrzać do temperatury 180°C
2. Natłuścić 12 foremek przeznaczonych do wypieku friands**
3. Masło rozpuścić na małym ogniu, podgrzewać często mieszając, do czasu, aż masło się zarumienieni.
4. Migdały, cukier puder, cukier waniliowy, mąkę, oraz proszek do pieczenia wymieszać dokładnie w misce.
5. W osobnej misce, za pomocą widelca ubić lekko białka, następnie dodać je do suchych składników i wymieszać.
6. Dodać masło, wymieszać, aż składniki się połączą.
7. Do każdej z foremek nałożyć 2 łyżki masy. Włożyć kilka malin
8. Piec przez ok. 15-20 minut, do czasu aż babeczki się zarumienią i będą sprężyste w dotyku, ale nadal wilgotne w środku.

Sernik z malinami

8 września 2009 przez Beata

IMG_3348

Z tym ciastem to długa historia. Przepis dostałam jakiś czas temu od znajomej. Serniczek zapowiadał się wspaniale, ale kiedy przeczytałam składniki, a raczej listę zakupów, zwątpiłam, czy kiedykolwiek to ciasto upiekę. Bardzo skrupulatna znajoma dokładnie opisała potrzebne produkty, dołączyła do przepisu puste opakowania po nich, a nawet napisała w jakim sklepie należy ich szukać! I tak serek z Biedronki, maliny z Plusa, a tortenguss z targu. Gdyby nie moja mama, to ciasto bym sobie odpuściła. To ona zrobiła całe zakupy, więc nie pozostało mi nic innego, jak sernik upiec.

Kolejny problem miałam z pieczeniem. W przepisie było zaznaczone, żeby gorącą masę malinową wylać na serek ze śmietaną. Obawiałam się, ze ten serek pod wpływem ciepła się rozpłynie.  Jednak znajoma zapewniła, że nic takiego się nie stanie. I faktycznie żadnych problemów nie było.

Ciasto jest pyszne, delikatne, nie za słodkie. Rewelacja po prostu! Oczywiście niektóre składniki można zastąpić innymi, co podaję w nawiasach.

Składniki: ( na blachę o śr. 23 cm. )

Ciasto kruche :

30 dkg mąki

10 dkg cukru pudru

15 dkg masła

1 łyżka śmietany

1 jajko

1 łyżeczka proszku do pieczenia

Zagnieść ciasto i upiec. Placek powinien miec ok 2 cm. grubości

Na masę serową;

1/2 kg serka śmietankowego  Zielona łąka ( z Biedronki)- równie dobry będzie mascarpone

20 dkg cukru pudru

750 ml. śmietany kremówki

sok z 1 cytryny

Serek zmiksować z cukrem, dodać sok cytrynowy. osobno ubić kremówkę. Obie masy połączyć i wylać na zimne ciasto.

1słoik mali w zalewie( z Plusa)- można zrobić samemu: 20 dkg malin zalać 300 ml wody. gotować 10 minut. dosłodzić do smaku

1 tortenguss-rot ( można zastąpić 3-4 łyżeczkami żelatyny)-Tortenguss jest do kupienia na allegro

Maliny razem z zalewą zmiksować, ewentualnie dosłodzić do smaku. Wymieszać z tortenguss, zagotować i gorącą masę wylewać na masę serową.

Jeżeli robicie z żelatyną należy poczekać, aż masa wystygnie i lekko stężeje

Ciasto schłodzić przez noc w lodówce.

Poniżej przedstawiam zdjęcia oryginalnych produktów użytych do ciasta.

IMG_3338

IMG_3341

IMG_3340

poniedziałek, 29 czerwiec 2009

Jej chałka na zakwasie. Weekendowa Piekarnia #37

Lato przyszło (przynajmniej to kalendarzowe), dni wydawałyby się długie, a mnie nagle doba zrobiła się zbyt krótka. Nie wiem czy to ja tak źle gospodaruję swoim czasem, czy zbyt wiele rzeczy na raz próbuję zrobić. Dość powiedzieć, że godziny uciekają mi między palcami, a ja mam wrażenie, że to i owo robię na pół gwizdka.
Upieczenie Jej chałki, którą zaproponowała (na blogu Na kruchym spodzie) w ramach 37 edycji Weekendowej Piekarnii – zajęło mi całe dwa dni, nie licząc jeszcze dodatkowej nocy! Tak się dzieje, gdy do piekarzenia zabiera się osoba myśląca o niebieskich migdałach. :) Tak, tak, o mnie mowa. Niebieskie migdały, bujanie w chmurach i roztrzepanie – to najtrafniejsze określenia opisujące właścicielkę tego bloga. :)
Zaczęło się od tego, że w piątek przeczytałam (najwyraźniej bez zrozumienia) przepis, po czym wyjęłam zakwas z lodówki, ciesząc się, że 35 g zakwasu to mam na zawołanie i następnego dnia będzie pieczenie. :) Oczywiście nie przyszło mi do głowy, by raz jeszcze zajrzeć do przepisu! Nie, gdzie tam! Moja głowa zaprzątnięta była milionem innych myśli. ;-) Następnego dnia okazało się, że zakwas i owszem mam pracujący, ale hydrację ma do niczego, a ja oczywiście nie przygotowałam dzień wcześniej kwaśnego ciasta! Sobota została stracona na kwaszenie. W niedzielę znów nie doczytałam kolejnej porcji informacji i w związku z tym – nie dotarło do mnie, że całkowity czas rośnięcia ciasta to 2 + 5 (!) godzin, w związku z czym dość późno za wyrabianie ciasta właściwego się wzięłam. Tym sposobem chałka, która w początkowych zamiarach miała powstać w sobotę – wyjęta z piekarnika została w niedzielny wieczór. Sami widzicie… planowanie u mnie kiepsko wychodzi. ;-)

A podsumowując: chałka wyszła bardzo smaczna, jak na wypiek drożdżowy na wodzie, nie mleku – dość puszysta, z milionem równomiernych dziurek. :) Trochę ciasto niesforne było w trakcie zagniatania, bo z przepisowych proporcji bardzo mi się kleiło, więc ok. 1 szkl. mąki musiałam dosypać, by w ogóle mieć szansę na zwijanie warkocza. Samo zwijanie też nie było proste, ale to zrzucam tylko na brak doświadczenia, bo to moja pierwsza chałka. Niemniej w trakcie pieczenia splot nawet całkiem ładnie się zachował, ciesząc oczy. :) Jedna chałka została już pochłonięta, drugą zamroziłam na czas kryzysu w domowej piekarni. :D
I to by było na tyle w kwestii spóźnionego wpisu piekarniczego, dziękując jednocześnie za wspólną zabawę. :)


Jej chałka na zakwasie
cytuję na Nią z bloga Na kruchym spodzie

Z podanych proporcji wyjdzie jedna około kilogramowa chała lub dwie półkilogramowe.

Poprzedniego dnia wieczorem przygotowuje kwaśne ciasto:

-35g aktywnego pszennego zakwasu
(można wziąć 10 g żytniego i odświeżyć go rano 20g wody i 30g mąki pszennej chlebowej, jeszcze bardziej aktywny zakwas uzyskamy odświeżając go kilkukrotnie co 12 godzin, resztę zachowujemy do kolejnego wypieku, przechowujemy w lodówce i odświeżamy co tydzień oraz zawsze na 12 godzin przed kolejnym wypiekiem).

-80g ciepłej wody
-135g mąki pszennej chlebowej

W misce mieszamy wodę z zakwasem, a następnie wsypujemy mąkę. Dokładnie wyrabiamy na jednolite ciasto. Przykrywamy folią i dostawiamy na 8 do 12 godzin.

Następnego dnia przygotowujemy ciasto właściwe:

-60g ciepłej wody
-3 jajka i jedno do wysmarowania chałek
-8g soli
-55g oleju roślinnego (ja optuję za roztopionym masłem)
-65g delikatnego miodu (akacjowego, lipowego, kwiatowego, ja dodam z rozmarynu) lub 60g cukru
-400g mąki pszennej chlebowej
-200g kwaśnego ciasta

W dużej misce ubijamy wodę, jajka, tłuszcz, miód i sól, a następnie wsypujemy stopniowo mąkę, całość mieszając drewnianą łyżką. Powstanie nam postrzępione ciasto. Dodajemy kwaśne ciasto i wszytko razem mieszamy. Wykładamy na stolnicę, w tym czasie ciasto się lepi do rąk, ale nie warto się tym przejmować. Na stolnicy oprószonej mąką wyrabiamy ciasto wilgotnymi dłońmi przez około 8-9 minut ( nie dłużej niż 10 minut). Ciasto powinno być zwarte o konsystencji ciastoliny. Miskę po cieście myjemy w gorącej wodzie, wycieramy do sucha i do takiej nagrzanej miski wkładamy ciasto, przykrywamy folią i odstawiamy do fermentacji na 2 godziny. W tym czasie ciasto może wcale nie urosnąć!

Po tym czasie wykładamy na omączoną stolnicę. Dzielimy na tyle części, ile planujemy zrobić chałek. Dalsze instrukcje dotyczą jednej chałki.
Ciasto wałkujemy. Dzielimy nożem na pół. I każdą część rolujemy. Następnie rolkę wałkujemy dłońmi tak by uzyskać długi, cieńszy na końcach wałeczek. Każdy wałeczek składamy na pół i podwieszamy na patyczku, a następnie zaplatamy jedno ramię na drugie, aż do końca. Patyczkiem wykonujemy jeszcze kilka skrętów w przeciwnym kierunków. Kto kiedykolwiek kręcił się na sznurkowej huśtawce, wie o co chodzi. Z drugim wałeczkiem postępujemy tak samo. Oba wałki układamy na blasze lub w okrągłej formie wyłożonej pergaminem.
Zostawiamy do wyrastania na 5 godzin.
Piekarnik rozgrzewamy pod koniec wyrastania do 180 st. C. Przed pieczeniem chałki smarujemy jajkiem rozkłóconym ze szczyptą soli. Pieczemy 500g chałki 25-35 minut, większą 45 minut.

sobota, 27 czerwiec 2009

Babeczki razowe z jagodami wg Gordona Ramsay’a


Na te babeczki czekałam blisko pół roku. Czyli mniej więcej tyle, ile czasu minęło od zakupu książki “Zdrowa kuchnia” Gordona Ramsaya. Zaczarowało mnie zdjęcie przy przepisie. Cudna skorupka z muscovado na wierzchu każdej muffinki… Ilekroć zaglądam do książki (a robię to dość często, zwykle po prostu dla samej przyjemności oglądania) – to w pierwszej kolejności odszukuję właśnie ten przepis i to zdjęcie. I za każdym razem obiecuję sobie, że właśnie tym wypiekiem otworzę sezon jagodowy. :) No więc właśnie to uczyniłam. :) I wiecie, teraz jakoś pusto się zrobiło, no bo skoro już obietnica zrealizowana, to czy będzie powód, by ponowne właśnie od tego miejsca przeglądać książkę? ;-)
Te babeczki / muffinki posmakują tym, którzy tak jak ja automatycznie (prawie jak roboty ;-) ) zmniejszają w słodkościach ilość cukru. Często tnę nawet o połowę. W tym przepisie jest to zupełnie zbędne – wszak Gordon proponuje “Zdrową kuchnię”. :) Babeczki wychodzą mało słodkie (choć dla nas absolutnie wystarczająco), zawierają jagody (w oryginale borówki amerykańskie) i to co odróżnia je od tradycyjnych muffinek – nie zawierają białej mąki, a razową. Mnie ciasta “razowe” nieodmiennie kojarzą się z dość ciężkimi wypiekami (vide chleby razowe), tymczasem babeczki z tego przepisu są naprawdę lekkie i puszyste, co mam nadzieję widać choć trochę na powyższym zdjęciu.
Zapraszam zatem do kuchni Ramsay’a. :)

Babeczki razowe z jagodami
wg przepisu Gordona Ramsay’a ze “Zdrowej kuchni”

2 duże, bardzo dojrzałe banany
300 g mąki razowej
1,5 łyżeczki proszku do pieczenia
1 łyżeczka sody oczyszczonej
100 g muscovado lub cukru trzcinowego
szczypta soli morskiej
285 ml maślanki
1 duże jajko, lekko rozkłócone
75 g masła rozpuszczonego I ostudzonego
200 g jagód (w oryginale borówek amerykańskich)

dodatkowo:
1 łyżka cukru brązowego

Rozgrzać piekarnik do temp. 180 st.C. Przygotować foremkę do muffinek. Wyłożyć papierkami lub wysmarować masłem. (Mnie z powyższych proporcji wyszło 16 babeczek).

Banany obrać i rozgnieść je widelcem.
W dużej misce wymieszać wszystkie składniki suche: mąkę, proszek do pieczenia, sodę, sól oraz cukier trzcinowy.
W drugiej misce rozkłócić jajko, dodać maślankę i rozpuszczone masło. Wmieszać banany.
Mokre składniki wlać do suchych i łyżką połączyć (nie mieszać zbyt długo). Wsypać jagody i lekko zamieszać łyżką.

Ciasto przekładać do foremek (powinny być całkowicie wypełnione). Posypać z wierzchu dodatkowym cukrem brązowym.
Piec przez 20-25 min., aż ciasto wyrośnie i zrumieni się na wierzchu. Sprawdzić patyczkiem czy ciasto jest dobrze upieczone.
Przez kilka minut studzić babeczki w foremce, po czym wyjąć i dostudzić na kratce.
Smacznego!

środa, 24 czerwiec 2009

Marokański dżem z bakłażanów i tortilla z grillowanymi warzywami.


Dzisiaj chciałam przypomnieć przepis, który zapewne znany jest bywalcom kulinarnego CinCin. Mowa oczywiście o tytułowym marokańskim dżemie z bakłażanów, przepisem na który podzieliła się na CC Malgosimi. Nazwa dżem wydawać by się mogła nieco myląca i kojarzyć się może ze słodkim przetworem. Tymczasem marokański dżem z bakłażanów – to rodzaj bardzo gęstego sosu, czy relishu.
Robiłam go w ciągu ostatnich lat po wielokroć i wciąż wracam do przepisu tak często jak to tylko możliwe (czyli głównie wtedy, gdy czas bakłażanów powoduje ich wysyp na naszych straganach). Bakłażany są pyszne same w sobie (ja je uwielbiam), a ponieważ istnieją połączenia idealne, więc dla mnie takim połączeniem jest bakłażan + kumin, lub bakłażan + pomidory. Dżem z bakłażanów – to połączenie wszystkich trzech wymienionych składników.
Zastosowanie tego przetworu jest bardzo szerokie i właściwie zależy od inwencji własnej. Można go użyć na zimno jako smarowidło na kanapkę, jako sos do pizzy, sos do makaronów wszelakich, zapiekanek, składnik nadzienia pity czy nawet naleśników, etc.
Ja uwielbiam go wprost z makaronem, najlepiej ze spaghetti!
A dzisiaj proponuję rozsmarować grubszą warstwę na tortilli i zawinąć wraz z grillowanymi warzywami (u mnie cukinia i bakłażan), świeżym pomidorem, oraz piersią z kurczaka (z której notabene można z powodzeniem zrezygnować jeśli wersja ma być wegetariańska).
Spróbujcie przygotować ten dżem, nie pożałujecie! Na pewno i Wy znajdziecie dla niego smaczne zastosowania. W wersji niewekowanej można przez tydzień przechowywać w lodówce.


Marokański dżem z bakłażana
inspirowane przepisem Malgosimi (w oryginale przepis Pauli Wolfert)

2 bakłażany
3 ząbki czosnku
1 puszka pomidorów bardzo dobrej jakości
duża szczypta utartego kuminu (daję 1 łyżeczkę)
1 łyżeczka słodkiej papryki (zamieniam na paprykę wędzoną)
szczypta suszonej chili
sól do smaku
3 łyżki soku z cytryny

oliwa

Bakłażana pokroić w 1-cm plastry. Oprószyć solą, lub zamoczyć w 1 l wody połączonej z 2 łyżkami soli. Pozostawić na na ok. 30 min.
Bakłażana osuszyć papierowym ręcznikiem. Usmażyć go partiami na małej ilości oliwy (uwaga! bakłażan silnie chłonie tłuszcz) lub zgrillować go (preferuję tę metodę, a grilluję na patelni grillowej). Lekko przestudzić i pokroić w kostkę (wielkość nie ma istotnego znaczenia).
Na głębszej patelni rozgrzać 2-3 łyżki oliwy. Wrzucić pokrojonego bakłażana, bardzo krótko przesmażyć, a po chwili dołożyć kumin, sproszkowaną paprykę i chili. Smażyć ok 1 min. by przyprawy wydobyły aromat. Dołożyć przeciśnięte ząbki czosnku, oraz pomidory. Doprawić do smaku solą. Poddusić. Zdjąć z ognia. Zmiksować na gładko. Dosmaczyć sokiem z cytryny.
Odstawić na jeden dzień do lodówki. Podawać na zimno lub ciepło.
Tydzień można przechowywać w lodówce.

Smacznego!

poniedziałek, 22 czerwiec 2009

Pikantny chlebek z bekonem, orzechami i ziołami. Weekendowa Piekarnia #36.


Naszła mnie taka refleksja… Dopadła znienacka, wczepiła się pazurami i siedzi. Wierci się w głowie, krzyczy i narzeka. No bo ileż ja straciłam! Tyle Weekendowych Piekarni niezrealizowanych… Szkoda i żal, że wymówek miałam sporo. Teraz dopiero to widzę. Jaka to radość znów czuć zapach gorącego pieczywa, jak oczy się śmieją, gdy zaglądałam przez szybkę piekarnika, a tam tam bochenek w oczach rośnie! :) A potem ten pierwszy kęs, koniecznie jeszcze gorącej piętki. O tę piętkę każdorazowo toczę z mężem bitwę i wyścig, kto pierwszy… W sumie piętki są dwie, można więc sprawiedliwie podzielić, no ale jak to tak…kroić chleb z dwóch stron…? ;-)
Robię małe kroczki. Mniej więcej od miesiąca ani razu nie przestąpiłam progu pobliskiej piekarni. Wiem, wiem, to niewiele, ale z tych małych odcinków mam nadzieję posklejać całą dłuuugą taśmę czasu. Czy się uda? :)

A wczoraj zakasałam rękawy i przygotowałam szybki niezwykle pikantny chlebek. Mich, gospodarz 36 edycji Weekendowej Piekarni, już się dobrze postarał, by nie zatrzymać nas długo w kuchni. :) To prawdziwie ekspresowy wypiek. Co prawda wolałabym nazwać to co wyjęłam z piekarnika wytrawnym ciastem, albo nawet muffinem, bo jakoś miano chleba nie bardzo mi tutaj pasuje. :) Nie będę się jednak wychylać przed szereg i zachowam nazewnictwo przez gospodarza przyjęte. :)
Wprowadziłam do przepisu właściwie tylko jedną istotną zmianę, a mianowicie zmniejszyłam ilość proszku do pieczenia. Jakoś tak dużo mi się w oryginalnym przepisie wydało. Chyba zupełnie nie potrzeba tak dużo , bo i na odchudzonej wersji chlebek pięknie piął się do góry.
Jeśli chodzi o dodatki, to z konieczności zrezygnowałam z suszonych gruszek (których nie udało mi się kupić); zamiast orzechów włoskich dałam pekany, zamiast szczypiorku – duuuużo posiekanej natki pietruszki; ser cheddar – zamieniłam na swojski ser wędzony. I oczywiście nie pożałowałam bekonu. :)
Zjedliśmy ten wypasiony chlebek w wersji wakacyjnej, czyli lekko zgrillowany. Bardzo ładnie się prezentował z brązowymi paseczkami. :)
Było dobre, smakowało, zjedzone zostało do ostatniego okruszka, ale na zakończenie muszę się przyznać, że i tak moim faworytem były bułki z figami, które jak zapowiedziałam – przygotowałam ponownie. :) Przy drugim podejściu użyłam zamiast zwykłej mąki żytniej – żytniej razowej. Bułeczki wyszły ciemniejsze, ale i chyba jeszcze pyszniejsze. :)

Pikantny chlebek z bekonem, orzechami i ziołami
cytuję za Michem z bloga “Aromatyczny”
(w oryginale: Pikantny chleb ze szczypiorkiem i cheddarem (a może z gruszką?!))

szklanka grubo startego żółtego sera cheddar plus pół szklanki tego sera pokrojonego w małe kostki
1 3/4 szklanki mąki
1 łyżka proszku do pieczenia (dałam ok. 1 łyżki)
1/2 łyżeczki soli
1/4 łyżeczki czarnego pieprzu
3 duże jajka
1/3 szklanki tłustego mleka
1/3 szklanki oliwy extra-virgin

dodatki:
5 plasterków bekonu, kroimy, smażymy na małej ilości tłuszczu, studzimy
szklanka dobrze pokrojonych suszonych gruszek (uważać żeby nie były ususzone „na wiór”)
1/3 szklanki orzechów włoskich, chwilę podrumienić w piekarniku
1/2 szklanki posiekanego drobnego szczypiorku
drobno posiekana świeża szałwia

Rada autorki: chleb jest do przygotowania w malej keksówce, jeśli nie macie małej wybierzcie większą. Chleb będzie po prostu niższy, pamiętać należy wtedy o trochę krótszym czasie pieczenia.

Rozgrzewamy piekarnik do 180 stopni C.

Mieszamy dobrze mąkę, proszek do pieczenia, sól i pieprz w dużej misie. W drugim naczyniu mieszamy ok minutę jajka do czasu kiedy dobrze się połączą i lekko ubiją. Dodajemy do jaj mleko i oliwę. Teraz czas na zmieszanie składników mokrych z suchymi – łopatką lub drewnianą łyżką mieszamy całość delikatnie do powstania ciasta. Nie trzeba wykonywać energicznych ruchów jak pisze autorka. Teraz dosypujemy ser, starty na tarce jak i w kosteczkach i dodatki: zioła (szczypiorek, szałwia) i podrumienione przez chwilę w piekarniku orzechy włoskie a także ostudzony bekon i pokrojone gruszki. Przekładamy ciasto do wysmarowanej masłem foremki do pieczenia.

Dodatki wykorzystujemy w miarę upodobań. Do mnie najbardziej przemawia wersja gruszki+szałwia+orzechy (+dużo wina, czerwonych winogron i sera pleśniowego, poza konkursem).

Pieczemy chlebek 35 do 45 minut lub do momentu kiedy będzie miał złotą skórkę a patyczek do sprawdzania ciasta wbity w środek pieczywa będzie suchy. Studzimy na kratce.